poniedziałek, 28 maja 2012

Co za dużo, to niezdrowo

Puls Biznesu napisał na swojej stronie na temat wygórowanych obietnic firmy Amber Gold w przypadku ich "lokat" w złoto. Pierwsze moje skojarzenie to wygórowane obietnice agencji PR wobec swoich potencjalnych klientów. 

Bardzo często spotykam się z pytaniem o gwarantowaną liczbę publikacji, które ukażą się w efekcie działań przeprowadzonych przez agencję. W zasadzie dobrze, że ono pada, bo to od razu pokazuje poziom wiedzy i świadomości o możliwych efektach działań PR, jakim dysponuje klient. 

Wtedy wyjaśniam, że zgodnie z branżowymi kodeksami etyki (np. Kodeks Etyki PSPR), agencja nie powinna, a w zasadzie nie może gwarantować liczby publikacji lub publikacji w konkretnym miejscu. To by oznaczało bowiem, że agencja może bezpośrednio wpływać na decyzje autonomicznych podmiotów, jakimi są redakcje, czyli sugerowałoby przekupstwo.
Ciąg dalszy toczy się wówczas według dwóch scenariuszy - albo klient zrozumie albo będzie próbował coś udowodnić. 

Udowadniając mi, że oferta jest mało atrakcyjna, mówi że inna agencja za mniejsze pieniądze gwarantuje im X publikacji w takich a takich mediach.Na to się uśmiecham i odsyłam do tej agencji, z bólem w sercu, że wkrótce przybędzie kolejna firma (mała lub średniej wielkości - bo to w ich przypadku najczęściej się zdarza), która sparzy się pseudo-PR-em i więcej nie będzie chciała mieć z nim do czynienia.

Życzyłbym więc sobie i innym rzetelnym PR-owcom w Polsce, aby klienci czujniej się przyglądali "bardzo atrakcyjnym ofertom" agencji, które dają gwarancję opublikowania materiałów, bo "oni znają dziennikarzy". 
Znajomość dziennikarzy faktycznie jest ważna, choć nie najważniejsza, ale to już temat na osobny wywód.


wtorek, 3 kwietnia 2012

PR jak menel na festynie. W Lublinie.

Kiedy pracowałem w Solarisie, miałem przyjemność uczestniczyć w obchodach przekazania MPK Lublin pięćsetnego wyprodukowanego przez firmę Państwa Olszewskich trolejbusu Trollino (http://bit.ly/H3pHps). Przekazaniu towarzyszył bardzo przyzwoity festyn organizowany przez MPK na terenie zajezdni.

Jak to zwykle na festynach, można było sobie zjeść pieczoną kiełbasę z grilla. W swojej hojności, MPK ufundował nawet pewną pulę darmowych kiełbasek. Okazało się oczywiście, że te przypadły najbardziej gorliwym miłośnikom lubelskiej komunikacji miejskiej, czyli skończyły się mniej więcej po jakichś dwóch godzinach od rozpoczęcia imprezy. No i od tego momentu trzeba było już zapłacić za kiełbachę.

Nie więcej niż godzinę po tym, do Justyny, organizatorki imprezy z ramienia lubelskiego MPK, podszedł pewien gość wyglądający jak pierwszorzędny menel i zapytał wprost, dlaczego on nie dostał darmowej kiełbaski, a przecież w gazecie było napisane, że będzie można zjeść darmową kiełbaskę. Na to organizatorka odpowiedziała mu uprzemie, że darmowe kiełbaski faktycznie były, ale skończyły się jakąś godzinę temu i że trzeba było przyjść wcześniej.

A on na to, że jest biednym rencistą, że miał dostać przed dziesiątym rentę (impreza była akurat 10 września), a nie dostał i że jemu się ta kiełbaska należy, bo jest biedny i było w gazecie napisane, że będą kiełbaski za darmo. Justyna odparła mu jeszcze raz to samo i jakoś z pomocą moich kolegów z Solarisa, udało się go przekonać, żeby się odczepił, bo nic nie możemy tym temacie zrobić.

Po następnej godzinie czy dwóch przyuważyliśmy gościa, jak próbował wymusić kiełbasę na osobach sprzedających mięso z grilla. Też jakoś go spławili.

Ostatecznie byłem świadkiem, jak gościu dopadł prezesa MPK i zaczął z nim dyskutować. Prezes miał ważniejszych gości i dla świętego spokoju zabrał go do namiotu vipowskiego i pozwolił mu wybrać sobie coś do zjedzenia z grilla.

Do czego zmierzam - co prawda nie do końca pochwalam zachowanie prezesa, to jednak wolałbym zwrócić uwagę na tego rzekomego biednego rencistę, który był wystarczająco zdeterminowany, że mimo wcześniejszych porażek w końcu dopiął swojego celu i dostał jeszcze więcej niż na początku oczekiwał. Często tak samo jest z prowadzeniem relacji z mediami i w ogóle z nawiązywaniem kontaktu i próbą wpływu na jakąkolwiek grupę. Nie można się zniechęcać początkowym brakiem efektów w postaci publikacji (jeśli mówimy o mediach) czy brakiem zainteresowania naszym przekazem bezpośrednim ze strony innych niż media grup wpływu.

Agencje PR działają - trochę wstyd takiego porównania, ale takie przyszło mi na myśl - trochę jak ten żul z Lublina. Próbują różnych dróg dotarcia z komunikatem do grup docelowych, aż trafiają w końcu na odpowiedni kanał przekazywania informacji i od tego momentu jest z górki.

Trzeba więc zdawać sobie sprawę z tego, że efekty działań PR nie są widoczne od zaraz, ale ich konsekwentne realizowanie mimo początkowego braku widocznych efektów w przeważającej większości przypadków daje efekt lepszy od wstępnie oczekiwanego.

środa, 28 marca 2012

Maciej Samcik w Metrze

Choć tytuł mógłby sugerować, że spotkałem znanego dziennikarza w warszawskiej podziemnej komunikacji publicznej, to jednak tak się nie stało. Niemniej jednak cieszę się z pojawienia się Macieja Samcika w innym miejscu - chodzi bowiem o jego tekst w darmowym dzienniku Metro.

Dziś akurat wpadł mi w ręce egzemplarz tego - co by nie mówić - bardzo opiniotwórczego dzięki zasięgowi dziennika. I pozytywnie mnie ten egzemplarz zaskoczył, a w zasadzie jego zawartość. Bowiem na 9 stronie pojawiła się kolumna "Finanse" - mam nadzieję, że na stałe i że Metro będzie próbowało edukować co nieco swoich czytelników.

Przechodząc jednak do sedna, Samcik pisze o tym, że Komisja Nadzoru Finansowego załamuje ręce nad ignorancją Polaków, którzy traktują na równi wiarygodność firm takich jak Finroyal czy Ambergold z wiarygodnością banków. Zgodnie z wynikami przeprowadzonymi przez Pentora, dla 28 proc. klientów banków oraz 49 proc. klientów SKOK-ów firmy niebędące bankami, a oferujące produkty finansowe podobne do lokat bankowych są jednakowo wiarygodne jak bank lub SKOK. Co więcej, odpowiednio 30 i 41 proc. klientów przyznaje, że nie wie, czym różni się bank od parabanku.

Z tego wysnuwam dwa wnioski. Po pierwsze - brawo dla działów PR i agencji, które pracują na rzecz wymienionych firm. Zdobyć wiarygodność równą bankom i konkurować z nimi - bądź co bądź - na ich własnym terenie z całkiem niezłym efektem to naprawdę wyczyn godny podziwu. Trochę jednak sami bankowcy im pomogli. I tu mój drugi wniosek. Gdyby banki wykorzystując jakąś swoją wspólną organizację, np. Związek Banków Polskich, zainwestowały w kampanię informacyjną na temat bezpieczeństwa środków lokowanych w różnego rodzaju instytucjach, miałyby z tej inwestycji całkiem niezły zwrot. Jestem przekonany, że cała masa klientów przeszłaby z parabanków do banków prawdziwych.

Dlaczego tak uważam? Gdyby PR-owcy polskich banków mieli trochę więcej pojęcia o nowoczesnej ekonomii, w tym ekonomii behawioralnej, doskonale zdawaliby sobie sprawę z istnienia Teorii Perspektywy (definicja) i wiedzieliby, że ludzie zdecydowanie bardziej boją się potencjalnych strat niż spodziewanych zysków. Zresztą jednym z najlepszych przykładów na jej potwierdzenie jest popularność właśnie lokat bankowych, tyle, że w zestawieniu z bardziej ryzykownymi instrumentami, takimi jak fundusze inwestycyjne. Co więc powinni zrobić bankowcy? Pokazać, o ile bardziej bezpieczne jest lokowanie pieniędzy w instytucji, która może wykazać się prawnym zabezpieczeniem pieniędzy. A ile można stracić w parabanku, to już każdy sam sobie we własnej wyobraźni dopowie.

Oczywiście odradzam czarny PR, bo takie rozwiązania od razu mogą przychodzić na myśl. Tylko po co? Sprawa dla wyobraźni rozsądnego człowieka jest raczej oczywista. A w sprawach własnego portfela całkiem sporo ludzi okazuje się - jak wynikałoby z moich obserwacji - dużo bardziej rozsądnymi, niż byśmy na pierwszy rzut oka mogli przypuszczać. 

środa, 7 marca 2012

Zawrzało wokół definicji

Branża w Stanach kontynuuje dyskusję na temat definicji PR. Opinie ekspertów są - jak można się było spodziewać - podzielone. Dyskusję relacjonuje nadal PR Daily.

Bardzo mnie cieszy, że sporo Amerykanów podziela moją opinię, czyli uważa definicję za trafną, natomiast wymagającą dalszej edukacji społeczeństwa. Ja pisałem tylko o przedsiębiorcach, ale komentatorzy PR Daily idą o krok dalej i wspominają o tym, że ich rodziny nadal nie będą rozumiały, czym oni się zajmują.

Edukacja społeczeństwa to akurat moim zdaniem problem z dalszego planu. Natomiast ja nie mam problemu z wyjaśnieniem swoim rodzicom czym zarabiam na życie i ośmielę się stwierdzić, że ci, którzy sobie z tym nie radzą być może nie są tak utalentowanymi i kompetentnymi PR-owcami, za jakich się uważają.

Dla zainteresowanych szerszym spojrzeniem i różnorodnością opinii w międzynarodowym środowisku, polecam hashtag na Twitterze - #PRdefined.

wtorek, 6 marca 2012

Nowa standardowa definicja PR

Amerykańskie Stowarzyszenie PR (PRSA - Public Relations Society of America) zakończyło plebiscyt mający wyłonić nową standardową/powszechną/autoryzowaną definicję PR. Akcja PR Defined rozpoczęła się w listopadzie, kiedy to organizacja poprosiła o przesyłanie propozycji definicji. O efektach informuje PR Daily.
 
Zwycięska definicja to:

"Public relations is a strategic communication process that builds mutually beneficial relationships between organizations and their publics."

czyli w wolnym tłumaczeniu mojego autorstwa:

"Public relations to proces komunikacji strategicznej, który buduje obustronnie korzystne relacje pomiędzy organizacjami, a ich publicznością (otoczeniem biznesowym)".

Choć nie jestem zwolennikiem plebiscytu jako sposobu wyboru tego, co jest właściwe dla wszystkich, bo z doświadczenia wiem, że wszyscy rzadko kiedy wiedzą, czego naprawdę chcą, to ten wynik jest dla mnie zadowalający. Zadziwiająco, publika wybrała moim zdaniem najlepszą z trzech opcji, które uzyskały największą liczbę głosów. Więc chylę czoła przed amerykańskimi kolegami po fachu, którzy dokonali tego wyboru.

Mam nadzieję, że teraz po zaakceptowaniu definicji, ruszy kampania informacyjno-edukacyjna, dzięki której jak najwięszka rzesza przedsiębiorców się z nią zapozna i ją zrozumie. Pewnie za oceanem jest trochę lepiej niż u nas, jeśli chodzi o świadomość czym jest PR, ale i tak częstotliwość postów na tamtejszych blogach w temacie rozróżnienia PR od reklamy sugeruje, że i oni mają problem. Trzymam więc kciuki za sprawną i udaną kampanię, którą w Polsce będą mogły powtórzyć ZFPR albo PSPR.

czwartek, 23 lutego 2012

Bendyk po trzykroć słusznie

Przeczyałem przed chwilą bardzo dobry tekst Edwina Bendyka "Wirtualna wojna domowa" o konflikcie między społeczeństwem cyfrowym, nastawionym na otwartość informacji, a społeczeństwem analogowym, nastawionym na reglamentację informacji. Bendyk wspomniał trzy bardzo ważne - przynajmniej moim zdaniem - kwestie.

Po pierwsze, zgodnie z tym, co pisze publicysta polityki, to "bezpośredni wkład gospodarki internetowej do krajowego PKB to już ok. 3%", czyli więcej niż warte jest całe górnictwo. Niech to będzie ostateczne uzasadnienie, że choćby najmniejszy ślad firmy w sieci jest w dzisiejszych czasach koniecznością.

Po drugie, Bendyk niemalże sentencjonalnie przypomina: "Istotą nowoczesnej demokracji jest ucieranie się poglądów i ochrona mniejszości przed tyranią większości. Demokracja bezpośrednia nie musi sprzyjać tym wartościom. W Szwajcarii, kraju referendów, kobiety czekały na prawo do uczestnictwa  w życiu politycznym do lat 70. XX wieku; jeden z kantonów bronił się przed nimi >>demokratycznie<< do 1990 r."

To świetna odpowiedź na propozycję "Solidarności", żeby w kwestii podniesienia wieku emerytalnego przeprowadzić referendum. Niestety nie zawsze głos ludu jest słuszny i nie zawsze jest gwarancją największej korzyści dla niego samego. To wynika z bardzo oczywistego faktu, o którym Piotr Duda i jego współpracownicy, najwyraźniej zapomnieli, albo udają, że tak się stało. Mianowicie, aby podjąć decyzję w pełnym przekonaniu o jej słuszności, trzeba mieć do dyspozycji pewien zasób wiedzy. I to dosyć spory. Tym większy im sprawa bardziej skomplikowana. Z całym szacunkiem dla naszego społeczeństwa, niestety wątpię, aby więcej niż 15% obywateli dysponowało taką wiedzą na temat konsekwencji różnych scenariuszy przeprowadzenia lub nie reformy emerytalnej, jaką mają parlamentarzyści. Zakładając nawet marny poziom polskich parlamentarzystów.

Gdyby faktycznie referendum miało zostać przeprowadzone, to powinno zostać zaplanowane i ogłoszone już dawno temu, a obecnie powinna trwać kampania informacyjna podobna do tej, której byliśmy świadkami przed referendum, w którym decydowaliśmy o przystąpieniu do Unii Europejskiej. To by był jedynyn sposób na zmniejszenie tego deficytu wiedzy na temat poszczególnych scenariuszy reformy emerytalnej.

W końcu, po trzecie, Edwin Bendyk przypomniał o istnieniu mechanizmów rynkowych. Nawet jeżeli nie ma regulacji Państwowych w jakimś zakresie związanym z biznesem, relatywnie szybko zostaną one wypracowane przez praktykę. Mam tutaj na myśli szczególnie wspomnianą przez publicystę kwestię zapewnienia bezpieczeństwa zawierania transakcji handlowych i zlecania transferów pieniężnych przez Internet. Allegro i elektroniczne platformy zarządzania rachunkami bankowymi istnieją przecież już od dawna, mimo że brakuje formalnych regulacji stworzonych przez ustawodawcę. Odpowiednie mechanizmy są wypracowywane tam, gdzie są potrzebne i na pewno warto to podkreślać, szczególnie, że deregulacja jest w Polsce bardzo potrzebna.

wtorek, 21 lutego 2012

Biskup Gądecki łagodzi książkowy "kryzysik"

Jak przeczytałem w piątkowej Gazecie Wyborczej (wydanie Poznań), poznański arcybiskup wykazał się świetnym wyczuciem sytuacji przy zażegnywaniu drobnego - ale jednak - kryzysu. Chodzi o rozwiązanie sprawy promocji książki "Najświętsze trzy hostie" dotyczącej poznańskiej legendy z końca XIV wieku o profanacji hostii przez Żydów.
Książka miała niedawno wznowiony nakład i była promowana m.in. w kościele pw. Bożego Ciała w Poznaniu, który jest związany z legendą. Biskup mimo rzekomych nacisków i oczywistej pokusy zakazania sprzedaży książki w kościołach (w imię walki z antysemityzmem, który ponoć jest propagowany przez książkę), jednak zakazu nie wydał. Swoją decyzję uargumentował następująco:
 
- Doświadczenie uczy, że wydawanie w takich sprawach oficjalnych zakazów, znając przekorę naszych rodaków, przyczyniłoy się do spopularyzowania tej książki.

Trudno nie przyznać biskupowi racji i przyklasnąć racjonalnemu myśleniu. Wystarczy tylko przypomnieć sukces "Kodu Leonarda Da Vinci" o raczej mało wymyślnej fabule, ale za to mającego wyraźny sprzeciw kościoła katolickiego w tle akcji promocyjnej.

Z drugiej strony... gdyby kościół katolicki był organizacją czysto gospodarczą, mógłby sprzedawać swoje zakazy jako doskonałe narzędzie promocyjne. Pewnie nigdy tego nie sprawdzę, ale gotów byłbym pójść o zakład, że kościelne zakazy - oczywiście odpowiednio nagłośnione - dałyby niezły rozgłos, a co za tym idzie również popularność i popyt na pewne dobra kultury.
 
--
więcej o sprawie tutaj:
Metropolita poznański o antysemickich freskach
Kościoły wolne od "legend antysemickich"?
--

ps. Swoją drogą, ciekawe, że tak bardzo prawicowa Fronda cytuje prawie albo i zupełnie dosłownie Gazetę Wyborczą, którą za prawicową wyjątkowo trudno uznać.